

wkraczam do Domu
na łono czyste
buty wycieram o wycieraczkę (bo tak należy, by czyste było)
parę desek
podwyższenie (wibracje)
światła rażące
(patrzę w środek - widzę ciemność)
tutaj chce zawijać się w koc gruby, utkany przez dłonie własne
nago (bo tak należy, by czyste było)
w kącie odsłaniać swoje Osamotnienie (jako osobność)
samotność w uzewnętrznieniu
uzewnętrznienie w samotności
(nazywają to poczuciem bezpieczeństwa)
musice zrozumieć co mówię, gdy nie otwieram ust (spazmy)
słuchajcie
do każdego z Was dociera moje długie umilanie
głaskanie własnej znieczulicy (chęci)
myślę, że patrzą na mnie
i nie wiedzą czemu wydymam usta
niesmakiem smakuję
przy zbliżaniu się do ekstremum
ja nie potrafię inaczej
muszę oddychać głośno i głęboko (spazmy)
to jest właśnie ten moment gdy tak bardzo chcę być Osamotnieniem
(potrzeba samotności w tłumie piękności)
będę Was całować po stopach
nie wstydzę się zwykłości (poprawiam - wcale nie chcę)
chcę stopić się z drewnem które pod podeszwą
miękkością jak pierwsze dźwięki
wpuście mnie na swoje (miękkie) łono
udręki
przenika się tu cukrzyca (waszych myśli)
z moim dumaniem o nieskończoności (poprzez miękkie dźwięki)
wstyd jest tylko pojęciem o nieznanym polu rażenia
(stąpam po nim dziś pod wieczór, pod podeszwą drewno)
zbyt wiele pustych krzeseł obitych czerwienią





